Codziennik

A Ty? Ile szczęścia znalazłeś dzisiaj?

10 stycznia 2016

Pamiętam to przejmujące pragnienie dziecka, które obezwładniało mnie jeszcze trzy lata temu. Tak jakby ktoś niespodziewanie włączył kurek „instynkt” i zwiększał jego moc każdego kolejnego dnia. Pamiętam, gdy w ciszy i ciemności nocy wyobrażałam sobie siebie w ciąży, później pierwsze spojrzenie, pierwszy uśmiech, uścisk i tak dalej. A jedno wyobrażenie było szczególnie mocne i najczęściej w mojej głowie odtwarzane. Było synonimem szczęścia, spełnienia i harmonii. Zupełnie o nim zapomniałam. Zupełnie. A przecież materializuje się każdego dnia w moim domu.

Wieczorami zwykle padam na twarz, a jedyne o czym marzę to chwila ciszy i pobycie w samotności z samą sobą.  Zresztą co ja Wam rodzicom tłumaczyć będę.. Tymczasem ostatnie tygodnie piszą zupełnie inne scenariusze. Leżę na łóżku w ciemności, a moją szyję spowija ciasne objęcie dziecięcej rączki. Druga mała lepka dłoń, wpleciona w moje włosy, fantazyjne ptasie gniazda w nich kręci. Nie mogę się ruszyć, bo nastąpi pogrom, jaki tylko dwulatek potrafi urządzić, a ja już nie chcę kolejnej burzy w tym dniu. Znów licho wzięło film, książkę czy chociażby błotnistą maskę na twarz. Niby rozumiem, wszystko wiem, jestem świadomym i empatycznym rodzicem. Ale ile w tym czasie fal irytacji mnie zalewa, wiem tylko ja. Chociaż pewnie Ty również.

Aż nagle dopada mnie TA myśl. Tak mocna, niemal paraliżująca. Mam dziecko! Wiem to od ponad dwóch lat, a jednak czasami skomplikowane procesy myślowe odświeżają mi tę świadomość w bardziej dosadny sposób. Mam dziecko! To się dzieje naprawdę. Ile razy wyobrażałam sobie te wspólne wieczory, uściski nieskończone i ciche w półśnie wypowiadane szepty. Głupeczku! – mówię do siebie. Buzujesz od zniecierpliwienia, a przecież to o czym tak marzyłaś realizuje się tu i teraz. Na twoich oczach i w twoich rękach!

Wtedy to naprawdę czuję. Trwa to tylko chwile, ułamek chwili, bo poczucie szczęścia ma to do siebie, że nie jest stanem permanentnym. Pojawia się na moment i znika tak szybko, jak przyszło. Chociaż my ludzie mamy tę słabość, że poszukiwaniom mitycznego stanu wiecznej szczęśliwości podporządkowujemy wszystkie życiowe cele. Będę szczęśliwa! Zrobię wszystko, aby tego dokonać. Zmienię pracę, odniosę sukces, znajdę faceta, zrzucę 10 kilo i nauczę się hiszpańskiego. Znasz? Obiecujemy to sobie co roku o tej samej porze. Uzależniamy nasze szczęście od czynników zewnętrznych i okoliczności, które poza nami. Zupełnie zapominamy, że brak nam jakichś predyspozycji czy kompetencji. Że najzwyczajniej nie wszyscy musimy odnieść spektakularny sukces, chociaż świat wmawia nam, że tak. You can do it! Frustrujemy się, że znowu fiasko naszego pięknie zwizualizowanego życia,  jakbyśmy nie pamiętali zupełnie, że życie to jednak w większości korki na mieście, praca po godzinach, szef idiota, kolejki do kas i nieprzespane noce. O ile nie jesteś tybetańskim mnichem, rzymskim stoikiem czy chociażby tym p*** kwiatem lotosu na niczym nie zmąconej tafli jeziora..to uwierz mi i przestań zaklinać rzeczywistość. Życie w wiecznym błogostanie jest po prosu niemożliwe.

Znasz Syndrom Pollyanny? Jego nazwa wzięła się od imienia bohaterki książki Eleanor H. Porter. Ojciec Pollyanny nauczył ją „zabawy w radość”, czyli szukania w każdej (szczególnie z pozoru nieprzyjemnej) sytuacji lub osobie pozytywnych cech. Syndrom ten to umiejętność dostrzegania i zatrzymywania dobrych momentów w nawet najbardziej szarej i powszedniej rzeczywistości. To łapanie chwil radości i napawanie się nimi, aż do przesady, aż do granic absurdu. To przeżywanie momentu szczęścia tak mocno, że aż całym sobą, od małego palca u nogi, po końcówkę włosa na głowie.

Niektórzy się z tym po prostu rodzą. Szklankę widzą zawsze do połowy pełną i tak dalej. Inni muszą zadać sobie sporo trudu, aby zmienić paradygmat swojego myślenia i w najbardziej nawet patowych momentach, dostrzegać jasne strony. Ja wciąż się uczę, raz z lepszym skutkiem, raz z gorszym. Wiadomo. Ale szukanie tych drobnych jak piasek momentów szczęścia weszło mi w krew i ratuje przed grubszymi mentalnymi kryzysami. Nie staram się ich jednak – Broń Boże! – zapamiętywać. Na tak zwane zaś. To się nie uda. Już przecież wiem, że rzeczywistość zaraz za zakrętem sprowadzi mnie do parteru czerwoną skarpetką w bębnie z białym praniem. Ale to naprawdę nieważne. Bo w życiu  liczy się tylko tu i teraz. Tu i teraz. Bo od tu i teraz nie ma nic lepszego.

A dzisiaj. Dzisiaj szczęścia było naprawdę dużo! ♥ ♥ ♥

 

 

Podobne wpisy

5 Komentarzy

  • Reply Zuzi Clowes 11 stycznia 2016 at 07:28

    Och jaki cudowny wpis! Warto było czekać! Xxxx

  • Reply Kasia od Blizniakow 11 stycznia 2016 at 08:30

    Pieknie napisane. Tak fale zniecierpliwienia i irytacji mnie tez dotykaja niemal codziennie.. ale potem jest ta chwilka ☺ pozdrawiam☺

  • Reply Agata - Ruby Times 11 stycznia 2016 at 14:29

    Ach, jak ja to znam! Te ulotne chwile szczęścia, gdy Stwory posapują w swoich łóżeczkach i dociera do mnie, że szczęście jest dokładnie tu i teraz.
    Za to dziś zamiast Twej przysłowiowej czerwonej skarpetki, w praniu znalazłam równie irytującą chusteczkę higieniczną. „Mamusiu, zobac ile tu białych papiejków” – powiedział mój syn, a ja miałam ochotę użyć nieco innych sformuowań idąc po odkurzacz. No, ale przynajmniej czyściej w domu 🙂

    Zdjęcia super, zazdro, że mogliście tam być <3

  • Reply Pola - Odpoczywalnia 12 stycznia 2016 at 10:54

    Ach jak ja to znam:)
    Pięknie napisane:)

  • Reply Mama Pana Adama 13 stycznia 2016 at 14:17

    Ileż prawdy w tym wpisie:) Ja dokładnie w ten sam sposób pragnęłam być mamą i w ten sam sposób często zapominam, że skoro już nią jestem to mam niewyobrażalne Szczęście przy sobie. Piękny tekst:)

  • Odpowiedz