Inspiracje

To był maj!

20 maja 2016
DSC_1495

 

Maj sześć lat temu i maj dzisiaj. W galaktycznej perspektywie odcinek czasu mniejszy, niż najmniejszy pyłek kurzu. W mojej osobistej perspektywie okres, w którym wydarzyło się z tuzin kopernikowskich przewrotów. Maj – sześć lat temu,  to data graniczna, bo wtedy wiele rzeczy się zaczęło. I związek małżeński, koniec studiów, nowa praca, nowe miejsce zamieszkania i rachunki pierwszy raz do mnie adresowane. Maj – sześć lat temu, to również najważniejsza życiowa impreza…której prawie nie zorganizowałam!

Sześć lat temu byłam bardzo zapracowaną dziewczyną. (Tak mi się wtedy wydawało, chociaż przy dzisiejszym zapracowaniu, tamto zapracowanie nawet nie stało, mimo, że to obecne zapracowanie zupełnie inny ma charakter ;)) Sześć lat temu intensywnie pracowałam, kończyłam studia, prowadziłam bujne i fascynujące życie towarzyskie 😉 Fizycznie prawie nie bywałam w domu. W weekendy również rzadko. A gdy w domu bywałam, to na wiecznym stendbaju, bo duży zawodowy projekt, który wtedy prowadziłam, lubił się w najmniej oczekiwanych momentach wykolejać. Cały projekt skończył się sukcesem, pochwałą szefa, skromną premią i szampanem wypitym duszkiem dla uczczenia faktu, że to już koniec, odpocznę i zajmę się swoimi sprawami. Otworzyłam więc prywatny kalendarz, spojrzałam na datę, policzyłam różnicę tygodni i … zamarłam. Do własnego osobistego ślubu i wesela zostały trzy i pół miesiąca! A oprócz zarezerwowanego miejsca i kapeli nie mieliśmy NIC! Absolutely nothing! Ale jak to? W końcu jestem jak człowiek orkiestra. Własnej imprezy nie zorganizuję?

Sukienki nie będzie!

Pierwsze otrzeźwienie przyszło szybko i było dosadne. Suknia ślubna. Sprawa miała pójść gładko, przecież fason (grecki) miałam już z rok wcześniej upatrzony, w internetach obejrzanych milion inspiracji. Wystarczyło wejść do dwóch, góra trzech salonów, wybrać model i sprawa zakończona. Gdy w końcu stanęłam przed lustrem przymierzalni w mojej wymarzonej sukni omal nie zalałam sklepu potokiem łez. Chociaż nie, przesadzam! Było mi trochę przykro, byłam też mocno rozczarowana, ale przyjęłam na klatę, że suknia w stylu zwiewnej nimfy W OGÓLE mi nie leży. Not at all! – jak mawiają Anglicy. Naprawdę nie wiem co sobie wyobrażałam myśląc, że będzie inaczej 😉 Podeszłam do sprawy zadaniowo i już kolejnego dnia rozpisany miałam cały plan wizyt w prawdziwym, i jedynym takim, zagłębiu sukni ślubnych, czyli przy ulicy Długiej w Krakowie (kto z okolic, ten wie:)). Kolejny weekend, kolejne poszukiwania i kolejne zderzenie z rzeczywistością. No wie Pani co? Trzy miesiące przed ślubem szukać sukni?!?! To się na pewno nie uda – zdawały się mówić karcące spojrzenia sprzedawczyń aka konsultantek ślubnych. Nie tylko spojrzenia, bo z takim deadlinem jak mój, kilka salonów na wejściu odmówiło współpracy. Proszę Pani, u nas na suknię czeka się pół roku! PÓŁ ROKU na jedną  (żeby nie rzec jednorazową) sukienkę! Zaczęło się robić nerwowo, czas płynął, a stres potęgował fakt, że nic z ówczesnej oferty ślubnej mi nie podchodziło. Głównie dlatego, że wszystkie suknie wydawały mi się…identyczne, a po klęsce greckiego fasonu, sama już nie wiedziałam, czego chcę. Aż wreszcie pewnej nocy, w trakcie gorączkowych poszukiwań, trafiłam na białoruską markę Papilio. A ona totalnie przewróciła moje wyobrażenie sukni ślubnych! Były zupełnie nowatorskie. Piękne, zwiewne, kobiece i unikatowe. Obrałam więc nowy klucz poszukiwań, którym była dostępność modeli Papilio w salonach. Tych oczywiście jak na lekarstwo, ale w końcu udało mi się znaleźć suknię, którą względnie spełniała moje oczekiwania. Suknia była szyta na Białorusi…a cały proces udało się zamknąć w półtorej miesiąca! Z dwoma przymiarkami (przy kupnie i odbiorze). Niestety ostatnie kolekcje nie przypominają już tych sprzed sześciu lat, ale uwierzcie mi, były piękne 🙂

DSC_0424 DSC_0414 DSC_0375

A w naszym kościele to już nie łaska?

Kolejną rzeczą, która zaskoczyła mnie przy organizacji ślubu, były procedury…kościelne. Zwłaszcza jeśli ślub ma odbyć się w parafii innej niż parafie przyszłych małżonków. A my taki właśnie mieliśmy kaprys, jak określił jeden z księży. Kaprys polegał na tym, że wymarzyłam sobie ślub w parafii obecnego zamieszkania moich rodziców, w kościele, w którym oni mieli swój ślub, a ja swój chrzest. Oficjalnie jednak nic mnie z tą parafią nie łączyło, bo przecież w procedurach kwestie sentymentalne nie mają żadnego znaczenia. Każdy z księży widział jakiś problem, a raczej problemik. Od: to już się nie chce w swojej parafii przed Bogiem ślubować po Wolałbym, żeby pierwszeństwo w ustalaniu godziny mieli MOI parafianie, proszę zadzwonić za dwa tygodnie. Do tego dochodził plik papierów, którzy księża mieli pomiędzy sobą, za naszym pośrednictwem, wypełniać i wzajemne docinki, jak bardzo ci drudzy księża niekompetentni są. Wszystkie tego typu sytuacje generowały niepotrzebny stres i były momenty, w których naprawdę chciałam już odpuścić! Na szczęście zupełnie stało się to nieistotne, gdy przekroczyłam w tym dniu próg kościoła. Było dokładnie tak, jak miało być. Gdybym jednak drugi raz miała przechodzić podobne sytuacje, nie spuszczałabym pokornie głowy, w obawie przed tym, że nie dostaniemy jakiejś wymaganej zgody. A zgód potrzebowaliśmy wiele, między innymi dla czynnego uczestnictwa we mszy naszej osobistej orkiestry 😉 Wyobrażacie sobie oburzenia księdza, że nie chcemy skorzystać z usług parafialnego organisty ? 🙂

DSC_0501DSC_0669DSC_0433DSC_0641DSC_0623 DSC_0624

Psze Pani! A można byłoby to wesele przełożyć na kolejny tydzień?

Gdy na miejsce wesela wybierasz nietypową lokalizację, w której imprezy tego typu odbywają się raczej rzadko, musisz liczyć się z niespodziewanymi sytuacjami. Ja się nie liczyłam, dlatego przeżyłam szok wielki, gdy na miesiąc przed godziną zero, zadzwonił do mnie administrator obiektu z informacją, że na nasz akurat weekend przypada konserwacja ponad stuletnich pieców kaflowych i w związku z tym, czy nie byliby Państwo uprzejmi przełożyć odrobinę, to co zaplanowane, bo generalnie wtedy, co Państwo by imprezę chcieli, to raczej nie będzie możliwe. Zaproszenia rozdane, goście potwierdzeni, termin w kościele dogadany, dostawcy umówieni…A Ty zostajesz bez miejsca imprezy. Rozumiecie powagę sytuacji? Fakt ten miał miejsce sześć lat temu, nie pamiętam więc dobrze mojej reakcji, ale zdaje się, że z wrażenia aż się zapowietrzyłam, wyłączyłam, a następnie włożyłam głowę pod zimny prysznic, aby trochę ochłonąć. W końcu w wybranym przez nas miejscu Mikołaj Rej napisał swój „Żywot człowieka poczciwego” a to zobowiązywało do zachowania spokoju. Oczywiście kryzys został zażegnany bardzo szybko, ale uwierzcie mi, to był jeden z najdłuższych kwadransów mojego życia.

DSC_0856 DSC_0740

Kombinuj Dziewczyno!

Bywały takie chwile, że popłakiwałam sobie w poduszkę ze złości. Nie z powodu decyzji o ślubie, a z powodu decyzji o TAKIM ślubie. Z zaproszonymi gośćmi i całą tą odświętną-weselną otoczką. Kurczący się czas i różne nieprzewidziane okoliczności, generowały frustracje i zdenerwowanie. Chwile zwątpienia występowały zwłaszcza w tych momentach, gdy podczytywałam ślubne fora, albo rozmawiałam z koleżankami, tak jak ja przygotowującymi się do TEGO dnia. Niektóre z nich organizowały swoje wesele DWA lata. Przez dwa lata trwał proces wyboru zaproszeń, wódki, dekoracji, tortu, ustawienia gości przy stole. Przez dwa lata życie kręciło wokół tylko tego tematu. Znałam też pary, które w ciągu tych dwóch lata zdążyły się rozstać, bo oczekiwania dwóch rodzin, co do całokształtu imprezy, były nie do pogodzenia! Czemu, do cholery, nie pojedziemy na jakąś grecką wyspę i nie pobierzemy się tam, z dala od wszystkiego! Zadawałam to pytanie, chociaż wiedziałam, że odwrotu już nie ma i jedyne co nas uratuje to luz (dużo luzu) i dobry plan 😉 Na każdy więc tydzień rozpisywaliśmy bardzo szczegółowy plan z podziałem na zadania i role, którego ewaluacje robiliśmy wspólnie w niedzielę 😉 Praca przy projektach rulezz! Dzięki temu nie umknęły nam żadne bzdurne drobiazgi, a tych jak wiadomo mnoży się pod koniec wiele. Pisałam już, że mam niestandardowo dużą (najbliższą) rodzinę porozrzucaną na dość dużym obszarze? Gdybyśmy chcieli do wszystkich osobiście dojechać z zaproszeniem i obowiązkową kawą – rajd po Polsce musielibyśmy zacząć minimum pół roku wcześniej. Wykorzystaliśmy fakt, że w Święta Wielkanocne spotykamy się całą rodziną…i wręczyliśmy zaproszenia. Jak się okazuje stało się to naszą nową świecką tradycją, bo od tamtej pory, niemal co roku, któreś z moich kuzynów przyjeżdża z plikiem ozdobnych kopert 🙂

 DSC_1148 DSC_1117DSC_1016 DSC_1239DSC_1041

Zaufanie i intuicja

Skoro nie miałam czasu na zbędne spiny, mogłam tylko wyluzować i zaufać wszystkim naszym podwykonawcom. Czy mała peryferyjna (żeby nie rzec wiejska) kwiaciarnia zrobi mi bukiet, jak z modnego ślubnego żurnalu, bo ten tylko spodobał mi się, ten i żaden inny? Czy naprawdę mogę zaufać makijażystce, która mówi mi, że próbny makijaż to pic na wodę fotomontaż i wyciąganie kasy, i żebym przyjechała przed ślubem, a ona to zrobi raz a dobrze? Przecież zawsze robi się próbny makijaż. Zawsze! Uparłam się na kapelę, której NIKT nie znał, o której nie było, żadnych informacji, poza tą, że wokalista, grywał w Behemocie. Szaleństwo, prawda? Cała poligrafia zamówiona w nołnejmowej firmie z internetu, nawet sobie papieru nie pomacałam! I czy można, z racji braku tego cholernego czasu, zamówić tort weselny bez degustacji, wierząc tylko na słowo Pani Jagódce, z cukierni Jagódka, że będzie pyszny i domowy? Można! Bo wszystko wyszło idealnie. Dla nas. I nawet fakt, że sesję plenerową umówiłam w święto Bożego Ciała, gdy fryzjerkę i makijażystkę, ze święcą można szukać, nie mógł zatrzeć tego wrażenia. Nie poświęciłabym na organicję tego dnia ani jednego dnia dłużej. Ale ani jednego dnia mniej – również nie 😉


DSC_1517-2DSC_1460 DSC_1433 DSC_1362 DSC_1353DSC_1357DSC_1489

 

Podobne wpisy

19 Komentarzy

  • Reply Iri Sunshine 20 maja 2016 at 18:04

    Ile emocji, ale grunt, że było warto:) A zdjęcia przepiękne:)

    • Reply radoSHE 20 maja 2016 at 21:28

      Było 🙂 Dziękuję!

  • Reply Anonim 20 maja 2016 at 19:53

    Dziadek Ludwik <3

    • Reply radoSHE 20 maja 2016 at 21:25

      Dzień dobry Szanownej Rodzince <3 Z kim mam przyjemność ? 🙂

      • Reply Anonim 21 maja 2016 at 10:00

        Kinga 🙂 Twój stały czytelnik 🙂 musze sobie konto założyć żeby nie być ciągle anonimem. A do Dziadka Ludwika mam taką słabość ze nawet jak go na zdjęciach widzę to mnie za serce łapie 🙂 tzn. Do Babci tez mam takie uczucia ale Dziadek to Dziadek <3 a zdjęcia piękne! Pięknie wyglądałas! Mój Marcin gdy Cię pierwszy raz poznał na Marzeny weselu powiedział ze jesteśmy bardzo do siebie podobne! Ale ja wiem ze po prostu chciał być miły dla mnie :p Bo Twoja uroda powala! Na kolana powala! Calujemy i pozdrawiamy cała Rodzinkę :*

        • Reply radoSHE 29 maja 2016 at 21:45

          Kinga, weź Ty wariatko! :* 🙂 Zdjęcia spoko, zgodzę się 😉 Ale fotografia ślubna rządzi się swoimi prawami: mejkap, photoshop i te sprawy 🙂 Fakt faktem jest, że siostrami mogłybyśmy być spokojnie, co również poczytuję SOBIE za komplement! 🙂 A Dziadek to Dziadek, fakt! <3 <3 <3 Strasznie mi już tęskno do nich. Trzymajcie się ciepło, pozdrawiamy!

  • Reply Donna L. 20 maja 2016 at 21:21

    Z tą konserwacją pieców to niezła historia – rozumiem, że ostatecznie to oni przełożyli termin, nie Wy? Czy musiałaś szukać innego miejsca?

    Jeśli zaś chodzi o ślub w moim stylu: sukienka kupiona w zwykłym sklepie na miesiąc przed ślubem, obiad tylko dla rodziców i rodzeństwa, na którym w dodatku zaserwowaliśmy frytki, w tle – nasza ulubiona muzyka z płyt, które sami przynieśliśmy, dojazd własnym autem (żałuję, że nie tramwajem, choć taki był pierwotny plan), co dość mocno gryzło się z fiakrem pary, która brała ślub przed nami. W sumie zwyczajny dzień 🙂

    • Reply radoSHE 20 maja 2016 at 21:27

      Bardzo na luzie. I super. Tak powinno podchodzić się do kwestii organizacyjnych, bo w sumie one najmniej są ważne w ślubie 🙂
      A piece oczywiście przełożyli na inny termin. Wobec wielu rzeczy mogłam pójść na kompromis, ale nie w tym wypadku 🙂

  • Reply Magdalena 20 maja 2016 at 21:40

    I pięknie 🙂 mimo wszystko bez spiny, tak lubię 😉
    i tak miałam ja też 😉 na dwa miesiące przed ślubem tylko restaurację mi zamknęli, w której miałam mieć imprezę 😉

    • Reply radoSHE 29 maja 2016 at 21:46

      O rany! Nie może być nudno, no nie może! 🙂

  • Reply paoolkaw 20 maja 2016 at 23:28

    Pięknie <3

  • Reply Agata - Ruby Times 21 maja 2016 at 00:33

    Ty jesteś taka piękna, Aguś!!
    Ja jutro ten tekst przeczytam jak będę przytomna, dziś tylko zdjęcia na szybko oglądam i nie mogę się napatrzeć na Ciebie :*

    • Reply radoSHE 29 maja 2016 at 21:47

      Ja też uwielbiam fotografie ślubne. Wszystkie wyglądamy jak królowe życia 🙂

  • Reply aga z makeonewish 21 maja 2016 at 14:35

    Rok temu popelnilam bardzo podobny wpis. Z sukienka mialysmy identycznie. Tez wymyslilam sobie skromna greczynke a gdy taka przymierzylam wygladalam jak Zosia z Pana Tadeusza w koszuli nocnej 🙂 u nas wszystko tez zalatwione w kilka miesiecy. Nigdy nie nalezalam do panien mlodych ktore od dziecka planuja slub i wesele. Cala otoczka byla wazna ale nie najwazniejsza. A Ty wygladalas bosko!!!

    • Reply radoSHE 29 maja 2016 at 21:48

      Ach, te greckie fasony. Chyba tylko modelki na zdjęciach wyglądają w nim ok. Przypadek? 🙂

  • Reply Monika | Kamperki 24 maja 2016 at 09:40

    ostatnie foto <3 <3 <3

  • Reply evay 29 maja 2016 at 13:31

    jak pięknie i subtelnie przemilczałaś to jakim kłębkiem nerwów byłaś podczas samego dnia slubu i wyładowywałaś się na nas :3
    wszystkiego najlepszego z okazji kolejnej rocznicy.

    • Reply radoSHE 29 maja 2016 at 21:49

      Jaaaaaa??????????
      Chyba mnie z kimś pomyliłaś 😉
      Dzięki :*

    Odpowiedz